Pogoda taka że nawet nosa na dwór wystawić nie można. Co by to dzieciaki się w ferie nie nudziły to wymyślała matka , oj wymyślała, przez całe dnie zabawiała. W domu co prawda istne pobojowisko, ale radość dzieciaków to rzecz bezcenna.
Malowanki, wycinanki, rysowanki, wyklejanki i origami było, masa solna jak zawsze w takie dni obowiązkowa, ba nawet tresowanie tygrysów. Gdy Anca zobaczyła w lustrze swoją pomalowaną twarzyczkę, myślałam że pęknę. Najpierw zdziwko ja wzięło, potem totalne wariacje, po czym tak wczuła się w rolę dzikiego kota że głowa mała.
Jednak najfajniejsze było to że znalazłam gdzieś w szafie dawno zapomniane pudełko, z zestawem do recyklingu papieru. Kiedyś wygrałam go w jakimś konkursie internetowym. Biania była za mała by się nim bawić, schowałam, zapomniałam a teraz znalazłam więc warto spróbować pomyślałam. Znalazłyśmy z dziewczynami makulaturę, rozdrobniłyśmy na malusie kawałki, wrzuciłyśmy do butelki z wodą. Odczekaliśmy dwie doby, po czym w zaskakująco łatwy i szybki sposób stworzyłyśmy własne arkusze papieru.
Mega fajne jest to że można sobie poeksperymentować dodając do papierowej pulpy rożne materiały, takie jak suszone liście czy kwiaty, kawałki kolorowej włóczki, suszone zioła o miłym zapachu, przyprawy w taki sposób otrzymujemy nie tuzinkowy papier czerpany, który świetnie nada się na laurkę, kartkę urodzinową, mini album do zdjęć, czy pamiętnik dla przyjaciółki. Młoda była zachwycona, nie ukrywam ja również.
Z racji tego że urodziny babci tuż, tuż, Bianca wykonała kartkę i użyła własnoręcznie wykonanego papieru. W tym przypadku jest to biały papier z odrobina różowej włóczki. W realu wygląda to naprawdę fajnie, kosmyki włóczki nadają zwykłej kartce ciekawą teksturę. Kombinowałyśmy także z suszonymi liśćmi, efekt także bardzo pozytywny, tyle tylko że nie zdążyłam pstryknąć fotki, zanim Anca z wielką pasją wszystkie liście paluchem wyskrobała z papieru.
sobota, 7 lutego 2015
piątek, 6 lutego 2015
: )
Droga Łucjo, oto jestem! Zmobilizowałaś mnie, dodałaś otuchy, i to w większości Twoja zasługa, że właśnie piszę kolejnego, po tak długiej nieobecności posta. Sama nie wiem od czego zacząć.
Dzieciaki bardzo się zmieniły, szczególnie Anca, nawet nie wiem kiedy pulchniutki słodki bobasek zmienił się w ciekawą świata, pełną niespożytej energii dziewczynkę.
Bianca od września poszła do szkoły. Nasza dzielna uczennica teraz musi bardzo wcześnie wstawać, by już o bladym świcie dreptać na busikowy przystanek. W szkole bardzo jej się podoba, szczególnie że ma wyjątkową nauczycielkę. Kobieta z długoletnim doświadczeniem i ogromną pasją, dzieciaki ją uwielbiają.
Dragos jesienią po dziewięciu latach powrócił na stare śmieci, do Anglii. Nie było innego wyjścia. Zostałyśmy same z dziewczynkami, oczywiście na święta przyjechał, było cudownie, po czym znowu wyjechał i jest mniej cudownie. Teraz tylko odliczamy dni do połowy marca, do jego powrotu. Oddycham z ulgą że kolejny wyjazd dopiero jesienią, bo chociaż od faceta dobrze jest sobie czasem odpocząć, to jednak bez niego nam cholernie trudno.
Teraz troszkę zaległych późno jesiennych i zimowych fotek :)
Tak śnieżnie mieliśmy miesiąc temu. Biało, mroźnie i słonecznie, a w sylwestra jak widać na powyższym zdjęciu kolorowo. Sorkova, czyli jeden z ulubionych przez rumuńskie dzieciaki zwyczajów. Polega na tym że z patykiem w ręku, oblepionym kolorowymi kwiatami z bibuły, wędrując od domu do domu, składa się (oczywiście głośno i śpiewająco bo jakże by inaczej) ludziom życzenia na Nowy Rok. W zamian dzieciaki otrzymują pieniążki. Tego dnia jest tłumnie, gwarnie i bardzo wesoło, a to przecież jest to, co nasze urwisy kochają najbardziej.
Dzieciaki bardzo się zmieniły, szczególnie Anca, nawet nie wiem kiedy pulchniutki słodki bobasek zmienił się w ciekawą świata, pełną niespożytej energii dziewczynkę.
Bianca od września poszła do szkoły. Nasza dzielna uczennica teraz musi bardzo wcześnie wstawać, by już o bladym świcie dreptać na busikowy przystanek. W szkole bardzo jej się podoba, szczególnie że ma wyjątkową nauczycielkę. Kobieta z długoletnim doświadczeniem i ogromną pasją, dzieciaki ją uwielbiają.
Dragos jesienią po dziewięciu latach powrócił na stare śmieci, do Anglii. Nie było innego wyjścia. Zostałyśmy same z dziewczynkami, oczywiście na święta przyjechał, było cudownie, po czym znowu wyjechał i jest mniej cudownie. Teraz tylko odliczamy dni do połowy marca, do jego powrotu. Oddycham z ulgą że kolejny wyjazd dopiero jesienią, bo chociaż od faceta dobrze jest sobie czasem odpocząć, to jednak bez niego nam cholernie trudno.
Teraz troszkę zaległych późno jesiennych i zimowych fotek :)
czwartek, 28 sierpnia 2014
A kto nie wypije, tego we dwa kije !!!
Dzień za dniem ucieka niubłagalnie. Nawet się nie zorientowałam, a tu już końcówka sierpnia. Dzieciaki, dom, warzywa, przetwory, wieczorne pogaduchy z sąsiadkami, weekendowe bieganie po łąkach, lasach i sadach. Zupełnie straciłam rachubę czasu. O tym że to już koniec lata, zorientowałam się gdy mój teść zmontował, jak co roku o tej porze, i odpalił swoją machinę do produkcji śliwowicy.
A oto i ona:
Składa się z podgrzewacza , czyli miedzianego kociołka oraz chłodnicy czyli beczki z zimną wodą. W kociołku umieszcza się zacier czyli sfermentowane śliwki. W tym roku prawie wszyscy pędzili z mirabelek, ponieważ śliwki kiepsko obrodziły. Pod wpływem gorąca alkohol ulatnia się, płynie rurką do chłodnicy, tam ulega skropleniu i otrzymujemy rumuńską śliwowicę, zwaną tutaj ţuica. Ţuica ma ok.35 % alkoholu. Można ją powtórnie poddać procesowi destylacji a wtedy otrzymamy palinkę o podwójnej mocy.
Wyobrażacie sobie że na wsi większość meżczyzn wytwarza sobie w taki sposób śliwowicę, na swoje własne potrzeby lub nawet na sprzedaż, i jest to całkowicie legalne. Trunek ten w tradycji Rumunii znajduje się od wieków, a receptura przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Można narobić sobie takiej śliwowicy ile tylko dusza zapragnie, i ile śliwek w sadzie, gdyż ilość również nie jest ograniczona, ba nawet więcej Rumunii nawet nie wyobrażają sobie aby ktoś kiedyś mógłby im tego zabronić. Oczywiście że Unia Europejska miała w tej sprawie swoje zdanie, jednak sprawa jak na razie ucichła, ciekawe tylko na jak długo. Ţuica towarzyszy narodowi rumuńskiemu we wszystkich ważnych momentach życia, czy to ślub, czy chrzciny a nawet pogrzeb. Ku czci zmarłym wylewa się na ziemię kilka kropel ze swojego kieliszka, aby i Ci co od nas odeszli także skosztowali sobie co nieco. Na naszym rumuńskim weselichu także była na stołach. Rodzice mojego męża przez kilka lat przechowywali ją specjalnie na tę okazję, co nadało jej naprawdę wytwornego smaku. Była doskonała, a goście z Polski byli zachwyceni, szczególnie że na drugi dzień ku ich wielkiemu zdziwieniu czuli się rewelacyjnie. Nie było mowy o po imprezowym bólu głowy. Chcę jeszcze podkreślić że śliwowicę wyrabia prawie każdy, to jednak nie każdemu ona wychodzi jak wyjść powinna. Nie każda ţuica jest dobra. Na tym po prostu trzeba się znać i po prostu trzeba umieć ją zrobić.
No to na zdrówko, lub jak to mówią w Rumunii Hai noroc !!!
Na koniec jeszcze jedna rzecz przyszła mi do głowy a mianowicie uważam że ţuica najlepiej smakuje w Rumunii. Pijąc ją w Polsce mam wrażenie jakby traciła swoją jakość. Moim zdaniem ten trunek stworzony został aby kosztować go, a jednocześnie upajać się pieknem rumuńskiej przyrody, wsłuchając się w ludową nutę, odgłosy krowich dzwoneczków i beczenia owiec, podgryzując pyszne sery wprost od pasterzy. Wówczas poczujemy mistycyzm, jaki unosi sie w powietrzu tego niezwykłego kraju.
A oto i ona:
Składa się z podgrzewacza , czyli miedzianego kociołka oraz chłodnicy czyli beczki z zimną wodą. W kociołku umieszcza się zacier czyli sfermentowane śliwki. W tym roku prawie wszyscy pędzili z mirabelek, ponieważ śliwki kiepsko obrodziły. Pod wpływem gorąca alkohol ulatnia się, płynie rurką do chłodnicy, tam ulega skropleniu i otrzymujemy rumuńską śliwowicę, zwaną tutaj ţuica. Ţuica ma ok.35 % alkoholu. Można ją powtórnie poddać procesowi destylacji a wtedy otrzymamy palinkę o podwójnej mocy.
Wyobrażacie sobie że na wsi większość meżczyzn wytwarza sobie w taki sposób śliwowicę, na swoje własne potrzeby lub nawet na sprzedaż, i jest to całkowicie legalne. Trunek ten w tradycji Rumunii znajduje się od wieków, a receptura przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Można narobić sobie takiej śliwowicy ile tylko dusza zapragnie, i ile śliwek w sadzie, gdyż ilość również nie jest ograniczona, ba nawet więcej Rumunii nawet nie wyobrażają sobie aby ktoś kiedyś mógłby im tego zabronić. Oczywiście że Unia Europejska miała w tej sprawie swoje zdanie, jednak sprawa jak na razie ucichła, ciekawe tylko na jak długo. Ţuica towarzyszy narodowi rumuńskiemu we wszystkich ważnych momentach życia, czy to ślub, czy chrzciny a nawet pogrzeb. Ku czci zmarłym wylewa się na ziemię kilka kropel ze swojego kieliszka, aby i Ci co od nas odeszli także skosztowali sobie co nieco. Na naszym rumuńskim weselichu także była na stołach. Rodzice mojego męża przez kilka lat przechowywali ją specjalnie na tę okazję, co nadało jej naprawdę wytwornego smaku. Była doskonała, a goście z Polski byli zachwyceni, szczególnie że na drugi dzień ku ich wielkiemu zdziwieniu czuli się rewelacyjnie. Nie było mowy o po imprezowym bólu głowy. Chcę jeszcze podkreślić że śliwowicę wyrabia prawie każdy, to jednak nie każdemu ona wychodzi jak wyjść powinna. Nie każda ţuica jest dobra. Na tym po prostu trzeba się znać i po prostu trzeba umieć ją zrobić.
No to na zdrówko, lub jak to mówią w Rumunii Hai noroc !!!
Na koniec jeszcze jedna rzecz przyszła mi do głowy a mianowicie uważam że ţuica najlepiej smakuje w Rumunii. Pijąc ją w Polsce mam wrażenie jakby traciła swoją jakość. Moim zdaniem ten trunek stworzony został aby kosztować go, a jednocześnie upajać się pieknem rumuńskiej przyrody, wsłuchając się w ludową nutę, odgłosy krowich dzwoneczków i beczenia owiec, podgryzując pyszne sery wprost od pasterzy. Wówczas poczujemy mistycyzm, jaki unosi sie w powietrzu tego niezwykłego kraju.
wtorek, 19 sierpnia 2014
Sezon bakłażanowy
Bakłażan, urocze, fioletowe warzywo to ulubieniec wszystkich Rumunów. Jeszcze nie spotkałam się aby ktoś z tutejszych nie darzył go sympatią. Dwie najpopularniejsze potrawy, a raczej jak ja to nazywam smarowidła, to salata de vinete- pasta bakłażanowa, oraz zacusca czyli pasta bakłażanowo- pomidorowo- paprykowa, zamykana w słoiki. Sezon na pastę właśnie trwa w najlepsze. Gdziekolwiek się nie ruszę, każdy pałaszuje ją ze smakiem. Natomiast sezon na zacusce dopiero się zacznie, a więc dziś podam Wam przepis na pastę, który jest bardzo łatwy, mimo tego nie zawsze wychodzi. Cały myk polega na tym aby użyć dobrej jakości bakłażanów. Najlepsze oczywiście są te z ogródka, wygrzane na słońcu. Te z supermarketu zazwyczaj są gorzkie, a pasta z nich już nie będzie tak apetyczna.
Jeśli chcecie mieć tego cudaka w swoim warzywniku, koniecznie pamiętajcie że to warzywko lubi ciepełko, inaczej nici z Waszej uprawy.
Przepis na pastę z bakłażana
Składniki:
1 kg bakłażanów
50 ml oliwy
kilka kropli soku z cytryny lub octu winnego
1 duża cebula
sól
Sposób przygotowania:
Bakłażany myjemy i podpiekamy z każdej strony, najlepiej na grillu. Gdy się upieką wkładamy do zimnej wody w celu łatwiejszego obrania ze skórki. Tę metodę stosuje się w regionie w którym mieszkam. Natomiast w innych regionach Rumunii ugrillowane bakłażany przecina się ( bez uprzedniego moczenia w wodzie) wzdłuża, a miąższ wyjmuje za pomocą łyżki. Tak jest o wiele szybciej i łatwiej. Jednak tutejsze gospodynie upierają się że stosując pierwszy sposób pasta jest o niebo smaczniejsza. Obrane bakłażany pozostawiamy na sitku do momentu dokładnego ich odsączenia. Nadmiar wody można również wycisnąć w rękach. Obrane i odsączone bakłażany dokładnie siekamy nożem lub za pomocą blendera, następnie przekładamy do miski i dodajemy ( mieszając powoli) oliwę oraz sok z cytryny. Pod koniec łączymy z pokrojoną w bardzo drobną kostkę i uprzednio osoloną cebulą. Wszystko dokładnie jeszcze raz mieszamy i gotowe.
Pastą smarujemy świeżutką kromkę chleba , która doskonale smakuje w upalne sierpniowe dni.
Jeśli chcecie mieć tego cudaka w swoim warzywniku, koniecznie pamiętajcie że to warzywko lubi ciepełko, inaczej nici z Waszej uprawy.
Przepis na pastę z bakłażana
Składniki:
1 kg bakłażanów
50 ml oliwy
kilka kropli soku z cytryny lub octu winnego
1 duża cebula
sól
Sposób przygotowania:
Bakłażany myjemy i podpiekamy z każdej strony, najlepiej na grillu. Gdy się upieką wkładamy do zimnej wody w celu łatwiejszego obrania ze skórki. Tę metodę stosuje się w regionie w którym mieszkam. Natomiast w innych regionach Rumunii ugrillowane bakłażany przecina się ( bez uprzedniego moczenia w wodzie) wzdłuża, a miąższ wyjmuje za pomocą łyżki. Tak jest o wiele szybciej i łatwiej. Jednak tutejsze gospodynie upierają się że stosując pierwszy sposób pasta jest o niebo smaczniejsza. Obrane bakłażany pozostawiamy na sitku do momentu dokładnego ich odsączenia. Nadmiar wody można również wycisnąć w rękach. Obrane i odsączone bakłażany dokładnie siekamy nożem lub za pomocą blendera, następnie przekładamy do miski i dodajemy ( mieszając powoli) oliwę oraz sok z cytryny. Pod koniec łączymy z pokrojoną w bardzo drobną kostkę i uprzednio osoloną cebulą. Wszystko dokładnie jeszcze raz mieszamy i gotowe.
Pastą smarujemy świeżutką kromkę chleba , która doskonale smakuje w upalne sierpniowe dni.
czwartek, 14 sierpnia 2014
Lato, słońce i szczęście.
Słońce świeci, prawdziwy żar leje się z nieba, a my mimo ogromu obowiązków korzystamy z upalnej pogody maksymalnie, wykorzystując każdą chwilę jak tylko potrafimy najlepiej. Nie wiem czy uda nam się w te wakacje gdzieś dalej wyjechać, ale w domu i pobliskiej okolicy także może być fajnie. Można spędzić miło czas, wystarczy tylko chcieć. Kiedyś tego nie rozumiałam i stanowiło to dla mnie ogromny problem. Na szczęście dziś inaczej patrzę na życie. Umiem doceniać i cieszyć się z tego co mam, a nie tracić bezsensownie czas na narzekanie i ubolewanie nad tym czego nie mam. Dziś myślę sobie jakaż byłam niemądra, wcześniej tego nie dostrzegając. Dziś również dziękuj losowi że postawił na mojej drodze człowieka , który nauczył mnie dostrzegać wielkie szczęście w codziennych maleńkich rzeczach. To mój mąż pokazał mi świat z zupełnie innej strony i nauczył mnie być prawdziwie szczęśliwą. Widocznie musiałam wyjechać aż do Rumunii żeby to zrozumieć.
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
W końcu nadeszły upalne dni.
Nadszedł sierpień, a w raz nim długo oczekiwane upały. Mogę powiedzieć, że prawdziwe lato mamy dopiero od tygodnia. Strasznie u nas padało, dosłownie dzień w dzień i było wyjątkowo chłodno, jak na rumuński lipiec przystało.
Martwiłam się strasznie o nasze uprawy, które nieźle dostały po liściach z powodu niesprzyjających warunków. Dużo rolników w Rumunii poniosło olbrzymie straty. Chorowały biedactwa , oj nam chorowały tego lata.Na szczęście jakimś cudem z tego wyszły i obecnie cieszą nasze oczy swoimi dorodnymi plonami. Jestem pewna, że ktoś tam u góry czuwa nad nami. Niejednokrotnie się o tym przekonałam.
Z każdym nowym miesiącem, nadchodzą nowe smaki i nowe zapachy. Dla nas sierpień to przede wszystkim pyszna, gotowana kukurydza, prosto z naszego kukurydzianego pola. Jeżyny i jagody, brudzące na fioletowo moje dwie ukochane buźki. Soczyste arbuzy, pełne różowego słodkiego soku, cieknącego, po brodzie, po rękach aż do łokci, cudownie. Papryka faszerowana i pasta z bakłażanów na kromce chleba. Zapach fermentujących śliwek, które już niedługo mój teść zamieni na tradycyjny rumuński trunek pełen mocy. Ciepłe noce przesiedziane z mężem na przydomowych schodach. Spadające gwiazdy i rozmowy nasze bezcenne wśród cykady świerszczy.
Martwiłam się strasznie o nasze uprawy, które nieźle dostały po liściach z powodu niesprzyjających warunków. Dużo rolników w Rumunii poniosło olbrzymie straty. Chorowały biedactwa , oj nam chorowały tego lata.Na szczęście jakimś cudem z tego wyszły i obecnie cieszą nasze oczy swoimi dorodnymi plonami. Jestem pewna, że ktoś tam u góry czuwa nad nami. Niejednokrotnie się o tym przekonałam.
Z każdym nowym miesiącem, nadchodzą nowe smaki i nowe zapachy. Dla nas sierpień to przede wszystkim pyszna, gotowana kukurydza, prosto z naszego kukurydzianego pola. Jeżyny i jagody, brudzące na fioletowo moje dwie ukochane buźki. Soczyste arbuzy, pełne różowego słodkiego soku, cieknącego, po brodzie, po rękach aż do łokci, cudownie. Papryka faszerowana i pasta z bakłażanów na kromce chleba. Zapach fermentujących śliwek, które już niedługo mój teść zamieni na tradycyjny rumuński trunek pełen mocy. Ciepłe noce przesiedziane z mężem na przydomowych schodach. Spadające gwiazdy i rozmowy nasze bezcenne wśród cykady świerszczy.
czwartek, 5 czerwca 2014
Jak to kiedyś było.
Jaką siłą jest tradycja w Rumunii, pisałam już wielokrotnie. Dziś wspominam jeszcze raz, a to za sprawą pewnego konkursu, organizowanego dla przedszkolaków z okazji Dnia dziecka, w którym Bianca miała okazję uczestniczyć.
Temat konkursu dowolny. Ważne by było zabawnie , wesoło, śpiewająco i ważne by się działo.
Grupa Bianki przygotowała przedstawienie, w którym za pomocą humoru i piosenki ludowej, ukazała życie swoich przodków, a konkretnie zwyczaj ich gromadnych spotkań, przy wspólnie wykonywanych pracach i robótkach ręcznych. Kobiety haftowały chusty i obrusy, tkały na krosnach, obrabiały len i wełnę, wyrabiały z niej tkaniny, dywany, narzuty, przędły na kołowrotkach. Mężczyźni zajmowali się garncarstwem, obierali ziarno z kolb kukurydzy, rzeźbili w drewnie,. Podczas spotkań opowiadano sobie straszne historie, ludzie śmiali się, żartowali, tańczyli przy skocznej muzyce. Po skończonej pracy gospodyni częstowała wszystkich przygotowaną strawą, w inscenizacji naszych przedszkolaków była to tradycyjna mamalyga z owczym serem i gęstą śmietaną.
Mimo tremy spowodowanej dużą salą widowiskową i ogromem publiczności, dzieciaki wypadły rewelacyjnie .Zdecydowanie maluchom udało się przekazać współczesnemu pokoleniu, jak wielką radość, szczęście i spełnienie przynosi wspólne przebywanie i wspólne tworzenie.
Po wystąpieniu wszystkich małych uczestników konkursu, jury udało się na naradę, a dzieciaki do pobliskiego parku, by oddać się szaleńczej zabawie.
W końcu nadeszło wyczekiwane przez wszystkich ogłoszenie wyników i wielka niespodzianka ponieważ pierwsza nagroda główna trafiła właśnie do naszych przedszkolaków.
Temat konkursu dowolny. Ważne by było zabawnie , wesoło, śpiewająco i ważne by się działo.
Grupa Bianki przygotowała przedstawienie, w którym za pomocą humoru i piosenki ludowej, ukazała życie swoich przodków, a konkretnie zwyczaj ich gromadnych spotkań, przy wspólnie wykonywanych pracach i robótkach ręcznych. Kobiety haftowały chusty i obrusy, tkały na krosnach, obrabiały len i wełnę, wyrabiały z niej tkaniny, dywany, narzuty, przędły na kołowrotkach. Mężczyźni zajmowali się garncarstwem, obierali ziarno z kolb kukurydzy, rzeźbili w drewnie,. Podczas spotkań opowiadano sobie straszne historie, ludzie śmiali się, żartowali, tańczyli przy skocznej muzyce. Po skończonej pracy gospodyni częstowała wszystkich przygotowaną strawą, w inscenizacji naszych przedszkolaków była to tradycyjna mamalyga z owczym serem i gęstą śmietaną.
Mimo tremy spowodowanej dużą salą widowiskową i ogromem publiczności, dzieciaki wypadły rewelacyjnie .Zdecydowanie maluchom udało się przekazać współczesnemu pokoleniu, jak wielką radość, szczęście i spełnienie przynosi wspólne przebywanie i wspólne tworzenie.
Po wystąpieniu wszystkich małych uczestników konkursu, jury udało się na naradę, a dzieciaki do pobliskiego parku, by oddać się szaleńczej zabawie.
W końcu nadeszło wyczekiwane przez wszystkich ogłoszenie wyników i wielka niespodzianka ponieważ pierwsza nagroda główna trafiła właśnie do naszych przedszkolaków.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































