Po dotarciu na miejsce, na kamienistej drodze, już czekał przesympatyczny pop. Śmiejąc się i żartując z dzieciakami, zaprowadził nas do wyjątkowego miejsca w którym znajdowała się znakomicie zachowana drewniana cerkiew z roku 1742. Niesamowite było to w jaki sposób ten człowiek opowiadał siedmiolatkom, o tej budowli. Wszystkie co do jednego słuchały go z ogromnym zainteresowaniem, a wiadomo że nie jest łatwo przekazać dziecku fakty historyczne, aby go nie zanudzić i nie zniechęcić.
Powiem wam że ta drewniana cerkiewka w kształcie łodzi bardzo mnie urzekła. To niesamowite że kostrukcjia powstała bez użycia gwoździ i tak wspaniale zachowała się przez tyle lat.
Po zakupieniu pamiątek i olejku mirrowego dla mojej teściowej, która jest święcie przekonana że mirra pozytywnie oddziałuje na nasz organizm i wierzy w jego działanie lecznicze, udaliśmy się do położonego w dolinie ośrodka. Tam czekało na nas wiele niespodzianek:
koniki pony,
szaleńcze zabawy na świeżym powietrzu,

strzelanie z łuku,
(nie byłabym sobą jakbym nie spróbowała )
oraz główna i najciekawsza atrakcja dnia -lepienie garnków z gliny.
Jak widać na załączonym obrazku Bianka była w swoim żywiole.
Dzieciaki pokupowały sobie gliniane gwizdki. Ptaszki po napełnieniu wodą do złudzenia przypominają naturalne odgłosy ptaków- rewelacja.
Ja pokusiłam się o takie oto talerzyki. Czyż nie są urocze?































